Blog
.
szpak80
36 obserwujących 935 notek 968070 odsłon
szpak80, 18 kwietnia 2017 r.

Film o wiewiórkach. Czechy i gen. Różański

229 1 0 A A A

image
Spotkanie ministrów obrony Polski i Czech
fot. mjr Robert Siemaszko (CO MON)

03.2017.
– Rozmawialiśmy o współpracy polsko – czeskiej w perspektywie batalionowych bojowych grup na flance wschodniej, w perspektywie obecności wojsk USA i innych decyzji szczytu NATO. Omawialiśmy też kwestie związane z cyberbezpieczeństwem – powiedział minister obrony narodowej Antoni Macierewicz po zakończeniu spotkania z ministrem obrony Czech Martinem Stropnickým." (telewizjarepublika.pl)

09.2015 r.
"Pomysł [filmu o komunistycznych komandosach] spodobał się generałowi broni Mirosławowi Różańskiemu, dowódcy generalnemu rodzajów sił zbrojnych. Krótko odpowiedział twórcom dokumentu proszącym o wsparcie: – Robimy to.
11.2015 r.
"Pomysł spodobał się dowódcy generalnemu, gen. Mirosławowi Różańskiemu. „Robimy to”, powiedział, i to bardzo ułatwiło przebrnięcie przez formalności urzędowe". (polskazbrojna.pl)

image
"Przypał"... Jest tyle jednostek Wojska Polskiego wartych filmu, to o sowieciarzach wytworzyli. Z poklaskiem jednego z najwyższych, do niedawna, dowódców WP.

"Mirosław Różański został powołany do wojska we wrześniu 1982 r. Trwający wówczas stan wojenny nie zraził go do armii, wręcz przeciwnie. Rozpoczął naukę w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu i wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w której był do czasu jej rozwiązania, czyli do 1990 r." (niezalezna.pl)

Bohaterem filmu "Robimy to" był 1 Batalion Szturmowy ("LWP") <- 1 Samodzielny Batalion Szturmowy (05.1944, by NKWD).

"Jedyną akcją bojową 1 Batalionu Szturmowego był udział w operacji Dunaj czyli w inwazji na... Czechosłowację w 1968 roku".

***

"Żołnierze uczyli się sztuki przetrwania w każdych warunkach, w jakich przyszłoby im walczyć. Mieli umieć samodzielnie zdobyć jedzenie, często w skrajnie trudnych warunkach. Stąd uczono ich, jak przyrządzić igliwie, rozpoznać jadalne grzyby, upolować wiewiórkę lub oprawić zwierzynę, w tym psa lub kota...." (konflikty.pl)

Z jedynej "akcji bojowej":

"Szkolili się do dywersji na głębokich tyłach armii NATO, ale na pierwszą wojnę pojechali w 1968 r. do Czechosłowacji. Wśród 25 tys. polskich [?] żołnierzy biorących udział w operacji Dunaj było kilkuset komandosów z dwóch jednostek specjalnych.

"- Gdy kilkadziesiąt godzin przed inwazją startowaliśmy do Czechosłowacji, pilot zapowiedział, że po pierwszym strzale z ziemi wywali w przeciwnika wszystkie rakiety jakie ma pod skrzydłami.
-Trzema śmigłowcami polecieliśmy prawie pod Pragę - opowiada kpt. Eugeniusz Browarski, wtedy dowódca jednego z pododdziałów. - Tam okazało się, że piloci nie mogą latać w nocy. Wystawiliśmy posterunki i czekaliśmy na reakcję przeciwnika. Do rana nic się nie działo, bez problemów wróciliśmy do kraju".

"W nocy z 20 na 21 sierpnia 1968 r. na kilkanaście minut przed inwazją, żołnierze z Dziwnowa mieli otworzyć przejścia graniczne. Finezyjną [sic!] akcję przeprowadził ppor. Jerzy Wróbel. Miał opanować przejście graniczne w Lubawce. Na cztery dni przed inwazją przebrany w mundur szeregowca poszedł, razem z dowódcą polskich wopistów z Lubawki, do strażnicy Czechów. Został przedstawiony jako brat wopisty. Po powrocie sporządził szkice budynku. Z ośmioma żołnierzami błyskawicznie zajął obiekt.
Żołnierze por. Stanisława Połoncarza sprawnie rozpoznali przejście Pietrowice-Krnov, ale zrezygnowali z finezji [!]: transporterem opancerzonym staranowali szlaban i wbiegli do strażnicy. Zadania zostały wykonane na kilka minut przed godziną O.
Komandosi „uciszali” też lokalne rozgłośnie, nadające wywrotowe audycje.
"Większość żołnierzy obu specjednostek stacjonowała na lotnisku w Hradec Kralowe. Mieli wykonywać działania specjalne, neutralizować wrogą agenturę i chronić mieszkańców współpracujących z interwentami. Rzeczywistość była bardziej prozaiczna. Brali udział w sianokosach i wykopkach, raz gasili płonacą stodołę. Gdy 7 września na skrzyżowaniu w Licinie pijany polski [?] żołnierz zabił dwoje Czechów, zranił pięć innych osób, w tym dwóch Polaków, obstawiali pogrzeb ofiar. Dowództwo obawiało się zamieszek, więc w ramach demonstracji siły wysłano pododdział z 1 batalionu. - Wśród miejscowych czerwone berety budziły powszechny strach. Dlatego każdy ważniejszy polski [?] dowódca chciał mieć ochronę złożoną z naszych ludzi.

"-Żeby utrudnić nam życie, miejscowi zamykali studnie i hydranty na kłódki. Za pierwszym razem pojechaliśmy więc z beczkowozem do jednego zakładu, pomimo protestów zerwaliśmy zabezpieczenia i wróciliśmy z wodą - wspomina Jerzy Pawlak. - Ale dowództwo zabroniło takich siłowych akcji, więc był problem z wodą. Przez jakiś czas dowożono ją z kraju. Na jedzenie nikt nie narzekał. Karmiono lepiej niż w Polsce, a komandosi mieli dwa razy większe normy żywieniowe niż ich koledzy z jednostek regularnych. Władze okupacyjne wydały specjalne pieniądze - ruble z paskiem na ukos, za które robiono zakupy w kantynie. - Dodatkiem wojennym były papierosy. Szeregowcom przysługiwały Sporty, podoficerom - Silesie, a oficjerom - Carmeny. Nasi [?] wymieniali je u Czechów na spirytus- dobrze pamięta Władysław Jandeczko.

"Po zakończeniu działań komandosi wrócili do Polski jako jedni z pierwszych. - Czesi żegnali nas kamieniami - wspomina Mieczysław Kwarciak. - Siedziałem w kabinie ciężarówki i miałem sporo szczęścia, że zdołałem się uchylić, bo dostałbym cegłą w twarz.
Ponieważ władze zarządziły, że powracających należy traktować jak prawdziwych zwycięzców, przy drogach, na dworcach kolejowych organizowano uroczyste powitania chlebem i solą.
W Bolesławcu pojawił się problem z rozliczeniem konserw i mundurów. Połowa komandosów wyjechała bowiem na wojnę w mundurach jednostek regularnych, reszta w budzących zazdrość i pożądanie - spadochroniarskich. Potem dosyłano spadochroniarskie, ale bez asygnat i faktur. Po powrocie rozpoczęło się więc typowe w wojsku kombinowanie, jak uzupełnić brakujące papiery. Dopiero gdy kompanijni logistycy wygospodarowali odpowiednią liczbę spadochroniarskich uniformów i w charakterze łapówki przekazali je przełożonym ze Śląskiego Okręgu Wojskowego, udało się wszystko załatwić.
W czasie całej operacji Dunaj polscy [?] komandosi nie musieli strzelać. Na skutek nieostrożnego obchodzenia się z bronią zginął młody żołnierz z Dziwnowa. Szeregowy z Bolesławca został zaś postrzelony przez bawiącego się kałasznikowem żołnierza Wojskowej Służby Wewnętrznej. Po obiedzie nad stawem mył menażkę. Z odległości 200-300 metrów dostał w pachwinę. Wtedy pierwszy raz w życiu widziałem dziurę po kuli, która przeszła na wylot. Chłopak leżał w kałuży krwi. Po trzech tygodniach wyszedł ze szpitala. Komisja lekarska odesłała go do cywila - opowiada sierż. Jandeczko.
Operacja Dunaj była brutalnym stłumieniem ruchów demokratycznych rodzących się w Czechosłowacji."
creatiopr.pl/wp-content/uploads/2010/08/polityka-czeska-wojna-21-08-10.pdf


#sowieciarze

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • A Merkel i jej otoczenie wołają na niego Oscar.
  • A zapomniałem. Wpis nie jest o "braciach Kaczyńskich". - Aaaa Kaczyński? - "Polityk...
  • Likwidację KPP/PPR/PZPR 01.1990 r. uważali za koniec obowiązywania umowy z komunistami, czyli...

Tagi

Tematy w dziale Społeczeństwo